stat

Rozmowy z kandydatami: Małgorzata Tarasiewicz

Małgorzata Tarasiewicz po raz kolejny kandyduje na prezydenta Sopotu.
Małgorzata Tarasiewicz po raz kolejny kandyduje na prezydenta Sopotu. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

Kontynuujemy cykl rozmów z kandydatami na prezydentów Gdańska, Gdyni i Sopotu. Dziś rozmowa z Małgorzatą Tarasiewicz, kandydatką Mieszkańców dla Sopotu. Wcześniej przedstawiliśmy już rozmowę z jej konkurentem z ramienia Prawa i Sprawiedliwości - Piotrem Melerem, z urzędującym prezydentem Jackiem Karnowskim oraz z Grażyną Czajkowską z Kocham Sopot.



W zbliżających wyborach zagłosujesz na to samo ugrupowanie, co w poprzednich?

tak

61%

nie

39%
Piotr Weltrowski: "Sopot - teraz mieszkańcy!". To chyba jasny sygnał dotyczący tego, w jakim kierunku chciałaby pani pokierować rozwojem miasta. Uważa pani, że faktycznie przez ostatnie lata mieszkańcy byli zaniedbywani przez władze miasta?

Małgorzata Tarasiewicz: Zdecydowanie. Mieszkańcy powinni być bardziej upodmiotowieni. To jest ich miasto i to oni powinni decydować o tym, co się w nim dzieje, w jakim kierunku powinien iść jego rozwój; oczywiście, również dla własnej korzyści - uwzględniając interesy turystów. Żądamy większej transparentności w działaniach miasta. Nie powinno być tak, że mieszkańcy dowiadują się ostatni o decyzjach władz.

Może pani podać przykład takiego działania miasta?

Na przykład sprawa budowy nowego dworca. Osobiście uczestniczyłam w tzw. konsultacjach na ten temat. O tym, że w ogóle są one przeprowadzane, dowiedziałam się przypadkiem. Informacje na ten temat nie były upubliczniane i skutek był taki, że brało w nich udział dosłownie kilkanaście osób, zapewne "znajomych królika". W Sopocie mieszkańcy nie są rzetelnie informowani o konsultacjach. Miasto oczywiście może powiedzieć, że konsultacje się odbyły, ale co to za konsultacje, skoro większość mieszkańców nic nie wie o tym, że w ogóle trwają? My chcemy, żeby komunikacja z mieszkańcami była lepsza. Złożyliśmy projekt uchwały obywatelskiej dotyczący ustawienia tablic informacyjnych dla mieszkańców, na których znajdowałyby się między innymi informacje o zbliżających się konsultacjach. Wyśmiano nas, a pomysł odrzucono.

Podobne hasła prezentuje jednak również Prawo i Sprawiedliwość, a także Kocham Sopot. Dlaczego sopoccy wyborcy, jeżeli nawet podzielają pani zdanie, że Sopot odwrócił się od mieszkańców, mieliby wybrać panią, a nie pana Melera albo panią Czajkowską?

Zarówno pani Czajkowska, jak i pan Meler od wielu lat są radnymi i mieli już wystarczająco dużo czasu, by pokazać mieszkańcom, jak walczą o ich sprawy. Ale niezbyt często stawiali realny odpór pomysłom Jackowi Karnowskiemu. Na przykład pani Czajkowska potwierdziła ostatnio publicznie, że głosowała ramię w ramię z radnymi Platformy Sopocian za wspomnianą już przebudową dworca-bunkra. Nie sądzę, aby osoby, które zasiadały w ostatnich latach w sopockiej Radzie Miasta, także w ławach opozycji, wykazały wystarczającą troskę o podmiotowość mieszkańców.

Spieracie się państwo, ale jednak mówicie o podobnych rzeczach, może należało stworzyć po prostu dużą i szeroką koalicję? Jackowi Karnowskiemu się to poniekąd udało, bo popiera go i PO, i Samorządność, i Nowoczesna, i KOD. Nie byłoby wam łatwiej walczyć z Platformą Sopocian startując z jednej, silniejszej listy?

My, czyli Mieszkańcy dla Sopotu byliśmy wręcz inicjatorami stworzenia wspólnej platformy opozycyjnej.

To ciekawe, bo pani Czajkowska powiedziała nam to samo, twierdząc, że to Kocham Sopot było inicjatorem stworzenia takiego bloku.

Pomysł pani Czajkowskiej polegał na tym, aby Mieszkańcy dla Sopotu zostali wchłonięci przez Kocham Sopot, my natomiast proponowaliśmy partnerstwo, przez stworzenie nowego ugrupowania, pod nową nazwą, w którym wszyscy zachowalibyśmy demokratyczną podmiotowość. Na takie rozwiązanie Kocham Sopot nie chciało przystać.

Wydaje się, że momentem, w którym wasze drogi się definitywnie rozeszły, był moment, gdy ogłosiliście państwo, że chcecie referendum w sprawie odwołania Jacka Karnowskiego. Jak z perspektywy kilku miesięcy ocenia pani ten pomysł? Warto było próbować przeprowadzić to referendum? Czy może jednak przedstawiciele Kocham Sopot mieli rację, że to zły moment na takie działania?

Twierdzenie, że referendum było złą metodą walki z układem Karnowskiego "bo za pół roku będą wybory" jest jawnie błędne. Przypominam, że podpisy zaczęliśmy zbierać już w sierpniu ubiegłego roku. Wtedy był dobry moment, aby nagłośnić sprawę, pokazać, co złego dzieje się w Sopocie. Teraz - podczas kampanii - trudniej przyciągnąć uwagę mieszkańców i mediów. Wtedy była większa szansa na to, aby zainteresować Sopotem również organy państwa. Nie do końca zresztą rozumiemy, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość, jako partia rządząca, nie działa skutecznie w Sopocie, dlaczego CBA nie jest zainteresowane np. sprawą dworca?

Przepraszam, czy pani wprost sugeruje, że CBA jest ręcznie sterowane przez partię rządzącą?

Nie, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie - teraz, kiedy nie rządzi Platforma Obywatelska, jest szansa na to, że takie sprawdzenie mogłoby być naprawdę rzetelne. Służby państwowe powinny się dokładniej przyjrzeć temu, co dzieje się od lat w Sopocie, a zainteresowanie ich tym wszystkim było łatwiejsze rok temu niż teraz, podczas kampanii trwającej we wszystkich polskich miastach.

Służby badały sopockie inwestycje. Tzw. afera sopocka, prokuratorskie śledztwa dotyczące Centrum Haffnera, budowy Ergo Areny, to wszystko było już prześwietlane.

Ale za czasów PO wszystko umorzono. Dzisiaj jest sprawa dworca, działka Wierzbickiego i sporo innych rzeczy, którym służby jeszcze się nie przyjrzały dostatecznie dokładnie.

No dobrze, a poza zwróceniem uwagi służb na Sopot jakie były inne powody, dla których chcieliście państwo przeprowadzenia w mieście referendum? Dlaczego konieczne było waszym zdaniem odwołanie prezydenta?

Główną motywacją było zatrzymanie bezmyślnej zabudowy wartościowych gruntów - sprzedawania deweloperom każdej wolnej przestrzeni, budowy nowych budynków, przeznaczonych często na wynajem krótkoterminowy. I to w miejscach, gdzie zaburzają one zabytkowy układ przestrzenny miasta. Władze miasta zgłosiły wówczas projekt nowego studium zagospodarowania, była tam mowa o zagęszczeniu zabudowy, uznaliśmy, że trzeba Sopot przed tym chronić.

Wróćmy do kwestii dotyczących programów wyborczych. Hipotetycznie załóżmy, że wygrywa pani wybory. Jakie są pani pierwsze decyzje?

Sopocki ratusz jest jak sejf kryjący przed mieszkańcami tajemne skarby - lub działania kompromitujące, więc pierwszym krokiem byłby z pewnością bilans otwarcia. Później powinno się przeprowadzić uczciwe, szeroko zakrojone konsultacje z mieszkańcami i określić, czego oczekują. Wiemy już w tej chwili, że trzeba zwiększyć wydatki na zdrowie, przyspieszyć budowę mieszkań komunalnych, uregulować najem krótkoterminowy i przeprowadzić analizy dotyczące możliwości budowy szpitala dla sopocian. Najpierw zrobimy audyt, sprawdzimy od środka, jak miasto było zarządzane. Potem nakreślimy dalsze kierunki działań.

A własny pomysł na Sopot pani ma?

Mój pomysł to Sopot - uzdrowisko. Przywrócenie mu charakteru, który posiadał jeszcze pół wieku temu, gdy działali tu tacy ludzie, jak Herbert, Afanasjew, Cybulski, Studziński, Mokwa... Chciałabym odwrócić ten trend, który sprawił, że Sopot stał się tanią imprezownią.

Tanią?

Racja, drogą, ale tandetną. Sopot nie jest dobrym miejscem ani do życia, ani do wypoczynku. Ciężko się żyje w imprezowni, gdzie narkotyki, alkohol czy przemoc są na porządku dziennym. Marzy mi się miasto, gdzie dobrze żyje się mieszkańcom, którzy chętnie goszczą turystów i gości potrzebujących wypoczynku i leczenia w naszych sanatoriach.

A jak chciałaby pani to osiągnąć?

Sopot nie może być podporządkowany interesom deweloperów i spekulantów, choć oczywiście nie zamykamy się na inwestycje takie jak pensjonaty, ośrodki spa, sanatoria, sale koncertowe czy wydarzenia kulturalne na wysokim poziomie, koncerty, wystawy, konferencje. Chcemy zadbać o wysoka jakość życia dla wszystkich i zachęcić ludzi do zamieszkiwania w Sopocie. Na pewno chcielibyśmy dowartościować kulturę. O dużych projektów poczynając - wybudowania sali koncertowej, na małych - uregulowania spraw pracowni malarskich - kończąc. Myślimy o budowie w Sopocie muzeum kresów. W mieście żyje bardzo dużo osób, które pochodzą z kresów, wiele osób trafiło tu przymusowo, nasi rodzice i dziadkowie zostali tu przesiedleni, tak było z moją rodziną - jedni z Wilna, inni z Warszawy. To ten fragment historii, który nie jest naszym zdaniem dostatecznie eksponowany. Poza tym trzeba oczywiście uregulować kwestię najmu krótkoterminowego. Moim zdaniem nic tak nie przyczynia się do wyludniania miasta, jak właśnie apartamenty na wynajem. Sama mieszkam w kamienicy, gdzie jeden z lokali jest wynajmowany. Pozostałym mieszkańcom utrudnia to życie. Znam zresztą wiele osób, które - choć związane z miastem - decydowały się na wyprowadzkę, właśnie dlatego, że czuły się udręczone: hałasem i imprezami organizowanymi w takich apartamentach dzień w dzień.

Mieszkańcy dla Sopotu to ruch miejski. Mimo to zdecydowaliście się startować pod patronatem Kornela Morawieckiego. Po co wam to? Co pan Morawiecki ma wspólnego z Sopotem? Czy ideą ruchów miejskich nie jest raczej ucieczka od dużej polityki, a nie flirtowanie z nią?

Osobiście byłam działaczką opozycji w okresie komunizmu, w latach 80., uważam, że rok 1989 przyniósł zmiany, ale nie do końca wszystkie takie, jakich oczekiwaliśmy. Kornel Morawiecki jest dla mnie symbolem kierunku, w którym te zmiany powinny iść, symbolem solidaryzmu społecznego, który jest mi bliski. Solidaryzmu, który chciałabym przenieść na grunt polityki samorządowej. Bo moim marzeniem jest Sopot, w którym czuć dobrze będą się wszyscy, nie tylko ci, którzy mają jacht w marinie.

Pani pracowała w organizacjach feministycznych, pan Morawiecki kojarzony jest z prawicą. Takie poglądy rzadko ze sobą współgrają. Mieszkańcy dla Sopotu mają jakąś polityczną twarz?

Jesteśmy bardzo różnorodni, skupiamy osoby o różnych poglądach, ale jesteśmy zgodni ze sobą w kwestii Sopotu. Uważam, że to nasza zaleta, czynem pokazujemy, że potrafimy ze sobą rozmawiać i dogadywać się, nie powielając żadnych partyjnych wojen i wojenek.

Patrząc na pani biogram można odnieść wrażenie, że przez całe życie pracowała pani głównie w organizacjach pozarządowych, przeważnie zajmujących się kwestiami walki o prawa kobiet. Czy ma pani jakieś doświadczenie, które pokazywałoby, że sprawdzi się pani w zarządzaniu miastem?

Byłam dwukrotnie, od 1991 do 1996 roku, prezeską Amnesty International w Polsce, gdy stowarzyszenie miało inne oblicze ideowe i jego działalność była skoncentrowana na budowaniu demokracji w Polsce i Europie Wschodniej. To były czasy gdy trzeba było ją dopiero zorganizować i rozpropagować. Realizowałam wiele projektów o dużym budżecie, także w ramach działań międzynarodowych. Nigdy się tym nie chwaliłam, ale skoro pan pyta, to byłam tez społecznym doradcą Sekretarza Generalnego ONZ. To oczywiście sektor pozarządowy, ale sądzę, że praca w nim zapewniła mi duże doświadczenie, tym bardziej, że część projektów, które realizowałam, dotyczyło działalności samorządów i realizowania przez nie potrzeb mieszkańców. Na pewno moja praca nad kwestia pomocy dla kobiet starszych będzie ważna w Sopocie, bo mieszka tu dużo seniorek - około 3000 kobiet więcej niż mężczyzn. Poza tym prowadziłam własny biznes i byłam koordynatorką grupy roboczej w Związku Miast Bałtyckich, a to wymagało poważnych kwalifikacji zarządczych i negocjacyjnych.

Cała wasza konkurencja wystawi na swoich listach osoby doświadczone, które były bądź są radnymi miast. Brak takiego doświadczenia widzi pani za wadę czy zaletę większości waszych kandydatów na radnych?

To oczywiście nasza zaleta, bo jako jedyni gwarantujemy świeże i bezinteresowne spojrzenie. Wśród naszych kandydatów są osoby posiadające długi staż zawodowy, ale jest również trzech studentów. Jest architekt, Marek Grochocki, którego pasją jest powojenny modernizm sopocki, jest dziennikarka Barbara Jakubiec, jest doświadczony prawnik Andrzej Michalak. Wśród kandydatów są też takie osoby, jak Elwira Kowalke pracująca w sklepie charytatywnym LukLuk, Miłosz Kuziemka, prezes Regionu Pomorskiego Kongresu Nowej Prawicy, artystka Maria Lepczak-Wysocka, założycielka i działaczka Stowarzyszenia In Memoriam - Barbara Kuhn, Janusz Satora, członek Stowarzyszenia Obrony Drobnych Posiadaczy, który działa w Sopocie na rzecz mieszkańców, których nieruchomości były zagrożone sopockimi inwestycjami, takimi jak spiętrzeniem wód gruntowych po budowie tunelu pod ul. Bohaterów Monte Cassino, pracownik Pomorskiego Forum na rzecz Wychodzenia z Bezdomności - Krzysztof Iwanow, ekonomista Jerzy Jastrzembski oraz sopocka radna z lat 90. Grażyna Maj czy Eleonora Rudnik, która w przeszłości prowadziła legendarny bar mleczny "Bursztyn" na ulicy Grunwaldzkiej.

W ostatnich wyborach mieszkańcy pani nie zaufali, zdobyła pani poparcie niespełna 8 proc. wyborców. Sądzi pani, że w tych zbliżających sopocianie pani zaufają?

Poprzednie wybory były dla nas formą testu. Nasze ugrupowanie powstało dwa miesiące przed wyborami, to było spontaniczne działanie. W tym sensie uważam, że wynik w wyborach był całkiem dobry. Okrzepliśmy, daliśmy się mieszkańcom poznać, mam nadzieję, że w zbliżających się wyborach uzyskamy zaufanie sopocian.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (60)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.