stat

Rozmowy z kandydatami: Łukasz Kowalczuk

Łukasz Kowalczuk ma 35 lat, ukończył psychologię oraz filozofię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Studiował też podyplomowo psychologię transportu na Uniwersytecie Gdańskim, równocześnie pracując w korporacji międzynarodowej w Gdańsku. Nie ma rodziny, pracuje obecnie jako koordynator wojewódzki w organizacji ogólnopolskiej. W Gdyni mieszka szósty rok.
Łukasz Kowalczuk ma 35 lat, ukończył psychologię oraz filozofię na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Studiował też podyplomowo psychologię transportu na Uniwersytecie Gdańskim, równocześnie pracując w korporacji międzynarodowej w Gdańsku. Nie ma rodziny, pracuje obecnie jako koordynator wojewódzki w organizacji ogólnopolskiej. W Gdyni mieszka szósty rok. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

Kończymy cykl rozmów z kandydatami na prezydentów Gdyni, Gdańska i Sopotu. W Gdyni rozmawialiśmy już z Marcinem Horałą z Prawa i Sprawiedliwości, Zygmuntem Zmudą-Trzebiatowskim ze Wspólnej Gdyni i Marcinem Strzelczykiem z SLD i rządzącym miastem Wojciechem Szczurkiem z Samorządności. Jako ostatni głos ma Łukasz Kowalczuk z Partii Razem, startujący z komitetu "Marzę o Gdyni".



Waszym kandydatem na prezydenta Gdyni miała być kobieta, ostatecznie jest pan. Mieliście prowadzić szeroką kampanię, tymczasem zdążył się pan zarejestrować w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem list przez PKW, co nie pomogło w zdobyciu rozpoznawalności. Co się stało?

Rzeczywiście, chcieliśmy wystawić kobietę, bo oprócz protestów w sprawie Wzgórza Orlicz Dreszera, największego kopa zyskaliśmy dzięki "czarnym protestom". Rozmawialiśmy z zaangażowanymi aktywistkami, ale żadna się nie zdecydowała. Chyba polityka wciąż odstrasza kobiety. Pomagałem koleżankom z Razem przy spotkaniach "Kobiety do polityki", ale cieszyły się umiarkowanym sukcesem. Kobiety w życiu publicznym są ostrzej krytykowane nawet za błahostki. Nawet lokalnie ciągle za bardzo premiuje mężczyzn.

Sprawy praw kobiet określa się jako "światopoglądowe" albo mówi - nie komplikujmy jeszcze "tymi sprawami" debaty o chodnikach i skrzyżowaniach. W telewizji, przed debatą, w pokoju, gdzie czekaliśmy buzowało jak w szatni sportowej. Często w polityce panuje ciężka atmosfera i stereotypowo męska gra w dominację. Myślenie, jakie reprezentuje komitet "Marzę o Gdyni" jest trochę inne. Chcielibyśmy, żeby każdy - niezależnie od siły charakteru, sytuacji życiowej - miał możliwość dyskusji swoich pomysłów i czuł się wspierany. To trudna droga.

Ustaliliśmy, że trzeba i tak wystartować i mogę być naszym kandydatem. Zajmuję się aktywnie sprawami Gdyni od ponad 2 lat i chociaż nie wiem wszystkiego, to nie mam problemu z reprezentowaniem spraw, o które walczymy przez ten czas.

Nie dało się stworzyć wspólnej listy z SLD, żeby lewica w Gdyni była jednością?

Rozmawialiśmy z SLD w ostatniej chwili, praktycznie przed rejestracją. Problem w tym, że przez te lata nie nawiązaliśmy żadnej więzi zaufania z nimi, a było sporo okazji: protesty, strajki, obrona lokatorów. Byłoby nienaturalne, gdybyśmy łączyli siły na szybko, dlatego zdecydowaliśmy się iść swoją drogą. Mam też taką historię dotyczącą Razem, że kiedyś od byłej członkini SLD, która chciała do nas dołączyć w Gdyni, dostaliśmy bardzo ostrą krytykę, że działamy jak ruchy miejskie albo stowarzyszenia, że nie robimy tego jak politycy. Być może jest tu jakaś istotna różnica na poziomie tego, jak postrzegamy zaangażowanie w sprawy społeczne. Osobiście chciałbym, żeby w politykę zaangażowało się jak najwięcej nowych ludzi, tego potrzebujemy bardziej niż ciągłych roszad tych samych osób.

Zdaje się, że celujecie w ten elektorat zmęczony uprawianiem polityki, oczekujący w Gdyni młodych i świeżych twarzy.

Trochę tak. Chcemy być propozycją dla ludzi takich jak my, choć nie tylko. W większości zaangażowaliśmy się w politykę trzy lata temu. Mieliśmy dość tego, jak w Polsce wygląda. Mieliśmy głównie 20, 30 i 40 lat, teraz to już się trochę przesuwa, z czego się cieszę. Przede wszystkim może nie wiek, ale łączy nas idea, żeby nie działać jak politycy od lat, tylko oddolnie, skupiając uwagę wokół problemów istotnych dla nas, a nie na przykład postsolidarnościowych kłótni czy neoliberalnych wizji miasta-firmy. Liczymy też na tych, którzy nie otrzymali wsparcia od rządzącego Gdynią prezydenta Wojciecha Szczurka, a nawet Platformy Obywatelskiej podczas "czarnych protestów" lub protestów pod sądami i innych, gdzie my byliśmy obecni i aktywni.

Myśli pan, że mieszkańcy wybierając samorządowców będą myśleli i zwracali uwagę na to, czy kandydat był na proteście i za czym się opowiadał?

Gdy rozmawialiśmy z różnymi środowiskami, żeby wystartować jako wspólna grupa ruchów miejskich w Gdyni, to byliśmy przekonywani, żeby się nie zajmować dużymi sprawami ogólnopolskimi. Tyle, że duże protesty odbyły się przecież w naszym mieście, a nie w jakiejś obcej krainie. Moim zdaniem to, że zabrakło gestu wsparcia prezydenta i radnych podczas protestów w obronie praw kobiet to błąd, ale też świadectwo niezrozumienia przez rządzących pewnych zmian zachodzących w społeczeństwie. Wiele grup ludzi słusznie domaga się reprezentacji swoich praw i interesów, a nie są słuchane.

Słychać głosy, że wielu obawia się zagłosować na pana, właśnie z tego powodu. Bo nawet, jeśli popierają idee, boją się przechyłu ideologicznego, którego prezydent Wojciech Szczurek unika.

Prezydent podkreśla, że jest prezydentem wszystkich mieszkańców, tymczasem wspierał konferencję organizowaną przez organizację Ordo Iuris, która chce kryminalizacji przerywania ciąży. Nie poparł in vitro czy pomysłu bezpłatnego gabinetu ginekologicznego wolnego od klauzuli sumienia. Te dwie rzeczy to koszty najwyżej setek tysięcy złotych, a pomnik Polski Morskiej to 3 mln zł. Jedno i drugie nie jest dla wszystkich, więc nie rozumiem, dlaczego sponsorujemy z miejskiej kasy jednych, a dla innych mamy tylko okrąglutkie słowa, że "nie teraz" i że "nie miasto jest adresatem ich postulatów". Dlaczego więc pomnik Polski Morskiej nie został zbudowany za pieniądze z Polski, płynące z centrali? To nie tak, że teraz jest jakaś mityczna równowaga, którą "Marzę o Gdyni" chce zachwiać. Oceniamy, że obecnie jesteśmy zbytnio przesunięci na prawo i należy dążyć bardziej do centrum. W ten sposób otworzą się też nowe możliwości do działań i wspierania społeczności miejskich. Uważam, że takie projekty jak edukacja seksualna, in vitro, przeciwdziałanie dyskryminacji w służbie zdrowia, nie są niczym strasznym, nie powinniśmy się ich bać. Co więcej, rozwiązują konkretne problemy konkretnych osób. Są jak najbardziej w gestii samorządu gminnego.

Prezydent podkreśla, że jest prezydentem wszystkich mieszkańców, tymczasem wspierał konferencję organizowaną przez organizację Ordo Iuris, która chce kryminalizacji przerywania ciąży.
Gabinet wolny od klauzuli sumienia wprowadził niedawno Poznań. Rozwiązujmy problemy mieszkańców o różnych poglądach, nie dyskryminujmy nikogo, nie sprawiajmy, żeby ktokolwiek pokojowo do innych nastawiony czuł się źle w mieście. Nie zamierzam jako prezydent organizować marszy czy protestów, ale sprawy, o których tutaj mówię warte są dyskusji i prowadzenia akcji edukacyjnych. Wierzę w otwartość gdynian i gdynianek.

W Gdyni pojawiliście się w mediach jako obrońcy wysiedlanych mieszkańców Pekinu. Krytykujecie władze miasta za brak reakcji na niektóre sytuacje, wytykając słabości programu rewitalizacji. Co zatem byście zrobili inaczej?

Błąd był popełniony na początku powstania Gdyni. Nie zbudowano osiedli dla robotników, choć otrzymywali obietnice, że będzie inaczej. Po wojnie otrzymywali kolejne zapewnienia, sytuacja nie była jasna też w latach 90., kiedy jedna z mieszkanek Wzgórza Orlicz-Dreszera zaczęła walczyć o uznanie praw mieszkańców do tego terenu. To ciekawa i skomplikowana historia, w której pomoc ze strony władzy mieszkańcom jest, jeśli można tak powiedzieć, ujemna. W obecnym programie rewitalizacji brakuje chociażby środków, które mogłyby zostać przeznaczone na prawników. I nawet jeśli nie udałoby się wygrać spraw, to mieszkańcy otrzymaliby pełen obraz sytuacji, poczuliby, że w ich obronie wyczerpano wszystkie możliwości. A dziś krążą różne plotki, każdy walczy w swojej sprawie, toczą się postępowania o zasiedzenie, jest wiele niedomówień.

Chcielibyśmy, żeby czyściciel nie burzył domów bez wyroku sądów. Powinny być wyszkolone patrole policji działające na miejscu, dające poczucie bezpieczeństwa mieszkańcom. Należy niezwłocznie zapewnić ludziom mieszkania komunalne, tyle, że Gdynia od lat ich nie budowała ani nie kupowała. Co ciekawe, dopiero po naszej walce o Pekin prezydent zaczął głośno mówić o ich budowie lub kupnie. Ostatnio powiedział, że kupił już dziesięć mieszkań, co jest oczywistą kpiną.

Gdzie te mieszkania powinny powstawać i za co je budować?

Miasto powinno zachęcać, wręcz prowokować do spotkań, nawiązywania relacji między ludźmi. W miastach zawsze dzięki bliskości i różnorodności rodziły się idee i przedsiębiorczość. Jesteśmy za dogęszczaniem tkanki miejskiej w Gdyni, za otwieraniem się na różne, także mniej zamożne grupy. Dlatego nie uważamy, że centrum jest tylko dla bogatych. Jest na przykład pomysł budowy mieszkań na Międzytorzu, nowo planowanej na północ od śródmieścia dzielnicy. Jednym z pomysłodawców tego jest Jakub Żynis, startujący z list "Marzę o Gdyni". Ostatnio koncept podchwycił na konferencji nawet poseł Horała. To po prostu dobry pomysł. Można nawet próbować negocjować z deweloperami, by przemieszać mieszkania, tak żeby w nowych inwestycjach część z nich pozostawała w zasobie komunalnym, by pobudzać różnorodność. Ostatecznością jest wzięcie kredytu.

Kilkadziesiąt milionów, które wydajemy na budowę parkingów podziemnych pod lodowiskiem czy w centrum, też można by wydać na budownictwo komunalne, na miejskie mieszkania na wynajem dla wszystkich. Będą przecież środki ze sprzedaży PEWiK-u. Za część tych środków można kupić lub zbudować wiele mieszkań. Program taniego mieszkalnictwa na wynajem ma dzisiaj nawet pan Trzaskowski startujący w Warszawie, który raczej do lewicy się nie zalicza. Mieszkania miejskie, na podobnej zasadzie jak w Wiedniu, to przyszłość, jeśli chcemy przyciągać do miasta ludzi, rodziny, młodych pracowników, specjalistów, polepszać relacje między ludźmi. Co do środków to są jeszcze miliony wydawane na promocję: na Open'era czy Arkę.

Władze Gdyni tłumaczą, że klub ma wielu kibiców, a festiwal rozpoznawalną markę.

Open'er już jest i naszym zdaniem pozostanie w mieście, bo kojarzy się z Gdynią. Nie ma co straszyć, że zniknie. Dofinansowanie 4 mln zł plus kolejnym milionem komunikacji miejskiej można byłoby więc powoli zmniejszać. To przecież impreza komercyjna. Pieniądze zaoszczędzone na wielkich koncertach można przeznaczyć na małą kulturę w dzielnicach, gdzie młodzi mogliby ćwiczyć w salach, żeby talenty muzyczne czy aktorskie rodziły się w Gdyni. Sport zawodowy nie powinien być finansowany w większości przez miasto, tylko z reklam i środków od sponsorów. Przeznaczymy pieniądze na infrastrukturę sportową w dzielnicach. Boisk, sal gimnastycznych i basenów jest za mało. Trzeba do nich dojeżdżać samochodami, tu też sprawy dzielnic i ogólne się łączą jak widać.

Czyli rezygnacja z pływalni olimpijskiej i lodowiska? Trzeba tam przecież będzie jakoś dojechać.

Lepsze byłoby zainwestowanie w baseny w dzielnicach, bo rzeczywiście dojazd do pływalni olimpijskiej zajmie ludziom czas, przyczyni się do zwiększenia ruchu samochodowego. Małe, bardziej rekreacyjne obiekty, to coś, czego, jak wiemy po naszych spotkaniach w dzielnicach, oczekują mieszkańcy. Lodowisku z kolei niepotrzebny jest drogi parking - wystarczy lepsza komunikacja miejska. Lokalizacja sprzyja dojazdom transportem publicznym, pod warunkiem zakończenia w końcu uciążliwych remontów oraz zainwestowania większych pieniędzy w ZKM.

Bardzo nie lubi pan chyba samochodów. Mam wrażenie, że nikt poza panem nie mówi o potrzebach pieszych i rowerzystów w mieście.

Liczba aut w Gdyni przekroczyła liczbę wyborców. Nie dziwię się więc, że żaden kontrkandydat nie mówi otwarcie złego słowa o samochodach. Tymczasem Gdynia ma zapisane w długoletniej strategii promowanie ruchu pieszego. Jest on na szczycie piramidy, przed transportem publicznym i rowerami. Trzymam się tego, bo wiem, że stan ciągłego spadku udziału transportu publicznego w przewozach osób nie może trwać wiecznie, jeśli mamy przetrwać jako dobre, atrakcyjne miejsce do życia. Pamiętajmy, że każda podróż zaczyna się od spaceru i na nim kończy. Jestem za tym, żebyśmy postawili na komunikację miejską, rezygnując z niektórych z inwestycji drogowych. Należy to zrobić w sposób przemyślany i odpowiedzialny.

Które konkretnie inwestycje ma pan na myśli?

Na pewno niepotrzebne jest poszerzenie al. Władysława IV do czterech pasów czy budowa szerokiej Nowej Węglowej. Szerokie arterie zabijają życie w mieście i zwiększają liczbę wypadków, nie przekładając się w ogóle na szybsze pokonywanie miasta. Szeroka ulica to np. długie przejście przez nią, hałas, spaliny, prowokowanie do szybszej jazdy. To ciekawe, że w XXI wieku nowe osiedla mają w priorytecie jedynie szeroką drogę, ale już nie park, przychodnię czy żłobek. Nastąpił jakiś regres. Oczywiście przyczyną jest pogoń za zyskiem deweloperów.

Tylko jak odciągać mieszkańców od samochodów, skoro ciągle przybywa aut?

Jestem za tym, żeby w perspektywie dłuższej zwężać ulice i tworzyć buspasy, nawet kosztem komfortu jazdy kierowców. Chodzi o twarde wymuszanie jazdy transportem publicznym. Za tym musi iść jakość tego transportu oraz kampania społeczna i inne rozwiązania zachęcające do jazdy autobusami i trolejbusami. Jednym z pomysłów jest, by osoba wyrejestrowująca samochód mogła mieć bezpłatną komunikację, ale problem zaczyna się właśnie na etapie planowania rozwiązań architektonicznych. O tym od dawna wiadomo np. w Skandynawii, gdzie narodziła się "wizja zero", czyli kompleksowe myślenie o bezpieczeństwie i ruchu w mieście. W Polsce jak dotąd kończy się na połajankach pod adresem kultury kierowców, a przecież nie lepiej jest z kulturą planowania przestrzennego czy kulturą decyzji politycznych sprawiających, że musimy brać kredyty i mieszkać na odległych osiedlach bez sensownego dojazdu.

Bezpłatna komunikacja dla wszystkich to hasło, pod którym by się pan podpisał?

Cieszy, że zostały wdrożone w życie promowane przez nas pomysły bezpłatnej komunikacji dla dzieci. Rozszerzałbym dalej ulgi. Nie ma co oszczędzać na transporcie publicznym. Obecnie problemem jest wygoda i przewidywalność komunikacji miejskiej w Gdyni. Sam jeżdżę autobusami, bo nie mam samochodu. Jest zatłoczona, pojazdy się spóźniają i brakuje nowych linii. Brakuje szerokich przystanków z wygodnymi miejscami do siedzenia. Te ławki na przystankach to żart z osób o ograniczonej sprawności czy po prostu chcących dobrze się czuć przy korzystaniu z komunikacji. Tak nie powinno być. Ludzie wybierają samochód z wygody, można to zmienić tylko stawiając na wygodny transport. Publiczne nie może być synonimem byle jakiego.

A co z parkowaniem? Zastawione chodniki i zieleńce zwłaszcza w centrum przeszkadzają coraz większej liczbie osób.

Na pewno parkowanie w centrum powinno być droższe, zgodnie z intencją ustawodawców. Rozmawiałbym z mieszkańcami, żeby stworzyć miejsca, gdzie nie można jechać w ogóle autem i tworzył takie w centrum. Miejsca, gdzie można się po prostu spotkać bez hałasu i spalin. Nie udało się zrobić fajnego miejsca z pl. Kaszubskiego, postawiłbym więc na ul. Starowiejską. Zamykałbym ją w weekendy, by docelowo stała się deptakiem z prawdziwego zdarzenia. Wyobrażam też sobie, jak pięknie wyglądałby obszar parkingu przy Batorym, gdyby był placo-parkiem z miejscami na kawiarnie itp. Doświadczenia miast na świecie pokazują, że ostatecznie takie rozwiązania są niezwykle opłacalne dla biznesu, tworzą przestrzeń, gdzie ludzie chętnie przebywają i wydają pieniądze.

Zatrzymując się przy przestrzeni miejskiej. Co pan pomyślał, gdy pierwszy raz usłyszał o budowie Parku Centralnego?

Po pierwsze, że przecież park już tam jest, więc rozśmieszyło mnie słowo "budowa" w tym kontekście. Po drugie, że to promocja prezydenta przed wyborami. Później byłem na konsultacjach dotyczących inwestycji. Był dyrektor GCS Marek Łucyk. Było dużo niepokojów wśród mieszkańców, głównie z powodu parkingu, którego nie chcieli. Usłyszeliśmy, że ten projekt jest na wstępnym etapie i wszystko jest do dyskusji. Ale tak nie było. Sprawa umilkła, a inwestycja jest realizowana. Boję się, że będzie jak przy Teatrze Muzycznym, że zamiast drzew zostaną trawniki, będzie stała woda po deszczu. Lepszym pomysłem byłby parking kubaturowy po drugiej stronie torów. O tym mówiło kiedyś Miasto Wspólne. Dużo lepiej też zainwestować w zieleń w dzielnicach. Mieszkańcy mogliby np. wybrać lokalizacje w dzielnicowych referendach. Chciałbym też w przyszłości narzędzi, jakie ma np. Barcelona, czyli systemu, w którym mieszkańcy mają łatwy wpływ na programy zagospodarowania.

Dzielnice powinny zyskiwać na znaczeniu? Niektórzy mówią, że radni dzielnicowi powinni nawet otrzymywać skromne wynagrodzenie.

Chciałbym przede wszystkim, żeby rady dzielnic miały więcej środków, ale na projekty miękkie: edukacyjne, dyskusyjne, tworzące społeczne zespoły, więzi.
To ciekawy pomysł. Chciałbym jednak przede wszystkim, żeby rady dzielnic miały więcej środków, ale na projekty miękkie: edukacyjne, dyskusyjne, tworzące społeczne zespoły, więzi. Są najbliżej ludzi, a zanim ludzie zaczną wspólnie działać powinni się poznawać i zaufać sobie nawzajem. Brakuje przestrzeni dla takich spotkań. Dlaczego nie zorganizować po godzinach w szkołach, czy powstających domach sąsiedzkich np. spotkań dotyczących seksualności, takich jak #sexedgdynia. Takie spotkania odbywają się w Gdyni z inicjatywy mieszkanek i mieszkańców i cieszą się dużą popularnością, a mają problem lokalowy. Postawiłbym też na dyskusje o mieście, większe zaangażowanie w konsultacje miejskie, bo te organizowane w obecnej formule są pozbawione bezpośredniości, wysłuchania, zbyt nastawione na tabelki w Excelu. Chciałbym, żeby był jak najszerszy dostęp do radnych, żeby Gdynia wykorzystywała lepiej media internetowe. Zwiększyłbym też znacząco kwoty w budżecie obywatelskim, choć nie uważam formy konkursu za najlepszy i jedyny pożądany model partycypacji w urządzanie przestrzeni.

Mieszka pan w Gdyni od pięciu lat. Mniej więcej od tego czasu toczy się sprawa lotniska w Kosakowie, które wciąż jest nieczynne.

Myślałem na początku, przed całym zamieszaniem, że nowe lotnisko w Gdyni to dobry pomysł jako część lotniska dla Trójmiasta, jednego organizmu. Tylko że biorąc pod uwagę koszt i efekt oraz jak to zostało przygotowane jestem naprawdę oburzony. By uratować sytuację, konieczna jest współpraca obu lotnisk pod jednym zarządem. Jest potencjał na lotnisko aglomeracyjne i w tym kierunku bym dążył, ale sama Gdynia jest za mała, by posiadać osobne lotnisko i pompować w nie pieniądze. Nie bawmy się w Radom północy. Szkoda, że pieniądze tam utopione nie poszły na lepsze usługi publiczne, politykę mieszkaniową, albo choćby obiecywany tunel na ul. Puckiej. Co to za lotnisko bez sensownego dojazdu?

Aktywnie jako Partia Razem działacie w Gdyni od dwóch lat. Zdaje pan sobie sprawę, że to krótki okres, by coś w tych wyborach "ugrać"?

Usłyszałem podczas jednej z debat od jednego z kandydatów, że tu nikt nie ma nic do stracenia oprócz prezydenta Szczurka i tak na to patrzę. Chciałbym być jak najwyżej w tych wyborach. Drugi albo trzeci wynik byłby niesamowitym sukcesem. Liczę też, że kandydaci z komitetu "Marzę o Gdyni" wejdą do Rady Miasta, by kontrolować, jak realizowane są pomysły, którymi zainspirowaliśmy "Samorządność" i innych: nabywanie mieszkań komunalnych, budowa żłobków w dzielnicach czy próby ograniczania ruchu kołowego. Zapewniam, że nie zniknę ze współpracownikami po wyborach i nie zniechęcimy się do działania na rzecz mieszkańców.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (106)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.