stat

Rozmowy z kandydatami: Andrzej Ceynowa

Prof. Andrzej Ceynowa jest filologiem języka angielskiego i literaturoznawcą. W latach 2002-2008 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Gdańskiego, a w latach 2008-2016 dziekana Wydziału Filologicznego tejże uczelni.
Prof. Andrzej Ceynowa jest filologiem języka angielskiego i literaturoznawcą. W latach 2002-2008 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Gdańskiego, a w latach 2008-2016 dziekana Wydziału Filologicznego tejże uczelni. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Kontynuujemy cykl rozmów z kandydatami na prezydentów Gdańska, Gdyni i Sopotu, którzy już oficjalnie zadeklarowali start w jesiennych wyborach samorządowych. Dziś rozmowa z prof. Andrzejem Ceynową, kandydatem z ramienia SLD, który w latach 2002-2008 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Gdańskiego. Trzy tygodnie temu przedstawiliśmy rozmowę z kandydatem PiS Kacprem Płażyńskim, dwa tygodnie temu z urzędującym prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem, a tydzień temu z kandydatką Nowoczesnej Ewą Lieder. W przyszłym tygodniu, w czwartek 7 czerwca, opublikujemy rozmowę z Elżbietą Jachlewską, kandydatką ruchu Lepszy Gdańsk.



Rafał Borowski: Dlaczego pan profesor zdecydował się wziąć udział w wyścigu o fotel prezydenta Gdańska?

Prof. Andrzej Ceynowa: Doceniam wszystkie rzeczy, które w ciągu ostatnich dwóch dekad zrobiła administracja pod kierunkiem prezydenta Pawła Adamowicza, jednak wydaje mi się, że od paru lat brakuje jej nowych pomysłów. Jego ekipa, która zarządza miastem, nie tylko jest już zasiedziała, ale również za bardzo obrosła współpracownikami niższego rzędu. Nie jest już w stanie zaproponować niczego nowego, co pozytywnie zadziwiłoby mieszkańców. I to jest pierwszy powód.

Drugi powód jest taki, że PIS chciałby zawłaszczyć Gdańsk. A na to, ile tylko będę miał sił, nie mogę się zgodzić. To, co teraz zrobił PiS, wysuwając na swojego kandydata pana Płażyńskiego, traktuję jako zniewagę dla Gdańska. Jak można proponować na prezydenta pół milionowego miasta - z budżetem, który przekracza 3 miliardy w tym roku - człowieka, który poza okrzykami na razie się niczym nie wykazał? Reasumując, moje powody to z jednej strony "zmęczenie materiału" po stronie Pawła Adamowicza i jego ludzi, z drugiej strony niebezpieczeństwo zawładnięcia Gdańska przez partię, która zawsze miała negatywny stosunek do jego mieszkańców.

Chciałbym zauważyć, że Rada Miasta Gdańska jest zdominowana przez przedstawicieli szeroko pojętej prawicy, czyli Platformy Obywatelskiej i właśnie Prawa i Sprawiedliwości. W jaki sposób zamierza pan zachęcić do siebie prawicowy elektorat?

W poprzednich tygodniach zamieściliśmy rozmowy z Kacprem Płażyńskim (PiS)...
W poprzednich tygodniach zamieściliśmy rozmowy z Kacprem Płażyńskim (PiS)... fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl
Wiem, że lewica jest w Polsce obciążona przeszłością. I to w sposób tragiczny. Od 1945 do 1989 roku mieliśmy tę zboczoną lewicę, jako siłę dominującą i niszczącą Polskę. Mam świadomość tego, że to są krzywdy, które bardzo trudno zapomnieć. Ale musimy myśleć o przyszłości.

Przedmiotem troski obecnej lewicy jest przede wszystkim człowiek - i to zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i rodzinnym - a nie wysokość PKB czy jak największy rozwój banków, które oczywiście też są absolutnie potrzebne.

Kiedy byłem rektorem, to musiałem rozmawiać z różnymi ludźmi. Wszystkich, bez względu na ich autoidentyfikację polityczną, szanowałem za pomysłowość, pracowitość czy rzetelność. Dwadzieścia lat pracy w administracji uniwersyteckiej nauczyło mnie współpracy i rozmowy z ludźmi, bez względu na ich oznaki partyjne. I wydaje mi się, że właśnie umiejętność konstruktywnego dyskutowania i podejmowania wspólnych decyzji ze swoimi oponentami jest źródłem powodzenia Jacka Majchrowskiego w Krakowie. W ten sam sposób chciałbym sprawować urząd prezydenta Gdańska.

Przejdźmy do konkretów. Jakie są pana główne postulaty? Od jakich decyzji chciałby pan rozpocząć swoje urzędowanie w fotelu prezydenta Gdańska? Jakimi decyzjami chciałby pan zaskoczyć zwykłych mieszkańców?

Najmłodsi - włącznie z młodzieżą - i najstarsi to dwie grupy, najbardziej zapomniane w naszym mieście. Pierwszą decyzją byłoby zarządzenie pełnego przeglądu infrastruktury społecznej - żłobków, przedszkoli, podstawówek czy domów opieki społecznej - we wszystkich dzielnicach i osiedlach. Moim głównym zarzutem w stosunku do obecnej władzy jest to, że zbyt wiele decyzji o infrastrukturze społecznej zostało przekazanych deweloperom, którzy je całkowicie zignorowali. Dzieci są dowożone lub same dojeżdżają do szkół oddalonych nawet o kilkanaście kilometrów. Należy wymusić na deweloperach, poprzez renegocjację umów z nimi, obowiązek dokładania się do współfinansowania przez nich wspomnianej infrastruktury społecznej.

Drugą decyzją byłoby stworzenie sieci domów pomocy dziennej dla ludzi starszych. Takich domów, gdzie można przyjść w ciągu dnia. Gdzie będą organizowane zajęcia dla seniorów, gdzie będą mieć dostęp do bieżącej książki, gdzie będą mogli porozmawiać z lekarzem. Chciałbym też wprowadzić wreszcie elektroniczną kartę pacjenta. Pacjent przychodzący z taką kartą do lekarza, przekazywałby od razu lekarzowi całą historię swojej choroby, przebytego leczenia, przepisanych leków itd. Bardzo zależy mi na wprowadzeniu różnego rodzaju programów, które będą likwidowały nierówności w dostępie do infrastruktury społecznej w Gdańsku, które są niestety bardzo poważne.

I tu muszę zadać fundamentalne pytanie - skąd wziąć na to pieniądze? Czy pana zdaniem, budżet miasta stać na realizację tych postulatów?

... i z obecnie urzędującym prezydentem Pawłem Adamowiczem...
... i z obecnie urzędującym prezydentem Pawłem Adamowiczem... fot. Edyta Steć/trojmiasto.pl
Według mnie to jest pytanie źle postawione. Miasta nie stać na to, żeby tego nie oferować. Uważam, że to są podstawowe potrzeby człowieka i na to pieniądze muszą się znaleźć. Skąd? Z przesunięcia środków z innych programów...

Na przykład z jakich?

Moim zdaniem, jednym z takich programów, który jest niezbyt trafiony, to tzw. reforma śmieciowa i co za tym idzie wymiana wszystkich kubłów na śmieci. Jeszcze niedawno wystarczyły trzy, a teraz potrzeba ich aż pięciu. I oczywiście wszystkie muszą być pod jeden wzór.

Ochrona środowiska to jedno, a tak częste zmiany przepisów i wymogów technicznych w tej kwestii to drugie. To się dzieje zdecydowanie zbyt szybko. Zbyt wiele środków jest marnotrawione na implementację tych nowych pomysłów w stosunku do możliwych efektów. To, co zostało wydane na tegoroczną wymianę kubłów, mogło być przecież dobrym zaczynem do budowy miejskiej spalarni odpadów. Jednym z takich programów - nazwałbym to mega programów - jest również Tristar, który definiuje swój cel jako uspokojenie ruchu. Jego efekty również uważam za wątpliwe, a już na pewno niewspółmierne do kosztów.

Jest pokusa żeby, wskazując na konkretne programy, opowiedzieć się za ich całkowitą likwidacją. Ale moim zdaniem to nie jest potrzebne, ani nie byłoby efektywne. Weźmy za przykład rzecz, na której mi bardzo zależy - bo sam jeżdżę na rowerze - a więc utrzymanie zieleni i utrzymanie ścieżek rowerowych. Wiem, że to ładnie wygląda, jeżeli każdą trawkę można przycinać co dwa tygodnie. Ale czy naprawdę nas na to stać? Może by troszkę zmniejszyć częstotliwość, a część z tych środków przekazać na inne programy, które będą te środki w sposób bardziej efektywny wykorzystywały? Przy okazji wspomnę, że chciałbym przeznaczyć więcej pieniędzy na nasadzanie drzew i na pewno na budowę ścieżek spacerowych. Szczególnie tam, gdzie jest tego najmniej. Mam tu na myśli całą południową i wschodnią część Gdańska. Przecież to jest pustynia!

Czy jest pan przeciwnikiem wszelkich "mega programów", które pochłaniają z budżetu miasta wiele milionów złotych?

Nie lubię mega programów, gdyż w praktyce aż ok. 40 proc. ich kosztów idzie na nadzór i kontrolę. Mniejsze programy, te które są realizowane bliżej ludzi, potrzebują maksymalnie 15-20 proc. Wiem, o czym mówię, bazując na moim doświadczeniu pełnienia funkcji rektora. Mega programy po prostu marnują mnóstwo środków i często są realizowane, bo komuś się coś przywidziało i to ładnie wygląda na papierze. A nie dlatego, że zaspokajają potrzeby w konkretnych miejscach.

Wcześniej wspomniał pan o systemie Tristar, który ma na celu rozładować korki w Gdańsku. Mam rozumieć, że wolałby pan przeznaczyć więcej środków na transport publiczny?

... i Ewą Lieder (Nowoczesna).
... i Ewą Lieder (Nowoczesna). fot. Rafał Borowski/trojmiasto.pl
Oczywiście, nie ma żadnej alternatywy dla rozwoju transportu publicznego. Transport publiczny powinien być stale rozwijany. Ale jest inna rzecz, która mnie irytuje w Gdańsku. Chodzi o fakt, że nowe osiedla są włączane do sieci transportu publicznego tak późno. Bardzo mi się podobało - choć wiem, że to politycznie niepoprawny wzór - jak to funkcjonuje w Ankarze, stolicy kraju, rządzonego przez tego wrednego Erdogana. Tam najpierw buduje się drogi, ustala trasy autobusów, a dopiero potem wydaje się zezwolenie na budowę nowych osiedli.

I taką politykę chciałby pan przenieść na grunt Gdańska...

Tak! Chcę, żeby miasto współpracowało z deweloperami, a nie żeby deweloperzy szantażowali miasto i żądali usług miejskich, nie dając nic w zamian. Przecież żaden deweloper nie buduje mieszkań z dobrego serca. Chce wyciągnąć jak największe zyski. Miasto powinno przyjąć następującą postawę: deweloperzy, możecie budować, ale musicie jednocześnie współuczestniczyć w budowie infrastruktury wodociągowej, elektrycznej, oświatowej i przede wszystkim drogowej. Deweloperzy absolutnie muszą partycypować w kosztach ich budowy. Tak nie jest i dlatego ludzie wyprowadzają się na obrzeża Gdańska, ale jeżeli chcą korzystać z infrastruktury społecznej, to muszą z powrotem wracać do centrum miasta. Próbowałbym renegocjować umowy z deweloperami i w tym celu prosiłbym jak najszerszą grupę ludzi o rady.

Proszę o rozwinięcie tej myśli. Stworzyłby pan dodatkowy organ, który doradzałby panu w podejmowaniu właściwych decyzji?

Nie. Tworzenie nowych struktur, nadbudowywanych nad czymś, co już jest, tylko spowalnia proces decyzyjny i rozmywa go. W efekcie nikt już nie jest za nic odpowiedzialny. Bardzo nie lubię sytuacji, gdy ktoś tłumaczy się: "to nie ja, to kolega". Chciałbym wręcz uszczuplić administrację prezydencką. Budowanie bardzo wysokiej, piramidalnej struktury, gdzie jedna trzecia ludzi jest zajęta kontrolowaniem tych, co są pod nimi, jest dobrym przepisem na marnotrawienie publicznych środków. I to w sposób tragiczny. Zmniejszyłbym poziomy kontroli, gdyż zbyt rozbudowana organizacja, z wieloma poziomami zarządzania i kontroli musi być i barokowa i nieefektywna. Dlatego spłaszczyłbym strukturę zarządzenia miastem, ale i wprowadził większą odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Chyba najmądrzejszą decyzją, jaką podjąłem na uniwersytecie, był wymóg, aby każdy przygotowując jakiś dokument, na dole stawiał swoją parafkę. Już nie słyszałem więcej: "to nie ja, to nie ja".

W jaki sposób przyciągnąć do Trójmiasta jeszcze więcej młodych ludzi, a z drugiej strony zminimalizować zjawisko odpływu młodych, wykształconych gdańszczan do innych miast czy też za granicę?

W przyszłym tygodniu opublikujemy wywiad z Elżbietą Jachlewską (Lepszy Gdańsk).
W przyszłym tygodniu opublikujemy wywiad z Elżbietą Jachlewską (Lepszy Gdańsk). fot. Katarzyna Moritz/trojmiasto.pl
Wydaje mi się, że jednym z instrumentów, który posiada prezydent, to ustanawianie konkursów, nagród i stypendiów dla zdolnej młodzieży. Uczelnie nie mogą przyznawać stypendiów nie studentom. Miasto może, np. ustanowić kolejne 200 stypendiów dla laureatów konkursów czy po prostu najlepszych uczniów w jakiejś dziedzinie. Zresztą w ogóle zwiększyłbym nakłady na oświatę. One są żenująco niskie, więc na początek zwiększyłbym je co najmniej o 100 proc., przede wszystkim na zamawianie projektów badawczych na gdańskich uczelniach.

Poza tym, miasto powinno kłaść większy nacisk na praktyczne kształcenie studentów. Co stoi na przeszkodzie, aby miasto np. zasponsorowało program bezpłatnej diagnostyki, w którym braliby udział - oczywiście pod nadzorem dyplomowanych lekarzy - studenci ostatnich lat medycyny? Przecież to też są już prawie lekarze.

Czy pana zdaniem Gdańsk efektywnie wykorzystuje swój potencjał w zakresie turystyki? Co zmieniłby pan w tej kwestii?

W Gdańsku zrobiono już bardzo dużo i nie mam zamiaru mówić, że miasto nie rozwija swojego potencjału turystycznego. Bardzo dobrze, że pojawia się coraz więcej hoteli. Bardzo dobrze, że restauracje "wychodzą" z budynków na chodniki. Ale to za mało, żeby ściągać turystów. Musimy wyrobić sobie międzynarodową markę. A przecież mamy coś, czego prawie w ogóle nie wykorzystujemy, czyli większe promowanie się jako kolebka Solidarności. Mamy wprawdzie doroczny konkurs "Poeta Wolności", ale wydaje mi się, że to za mało. Literatura jest bardzo dobrym sposobem na promowanie miasta, ale sama poezja nie ma takiej siły przebicia. Wykładam literaturę, coś o tym wiem. Dlaczego np. nie ogłosić konkursu - oczywiście w formule międzynarodowej - na filmy krótkometrażowe związane z tematyką Solidarności? Należy też bardziej promować wielokulturowe i wieloreligijne korzenie Gdańska. Pokazywać ludziom, że to jest miasto otwarte na świat i naprawdę warto tutaj przyjechać.

Co pan sądzi o rządowym planie połączenia dwóch paliwowych gigantów: Orlenu z Lotosem? Czy jako prezydent Gdańska, zamierzałby pan podjąć jakieś działania w tej kwestii?

Wiele osób nie pamięta, że ten pomysł ma już ponad 20 lat. I wcześniej też się mówiło, że nie ma o co walczyć, bo ta decyzja i tak zapadnie. To połączenie oznacza dla Gdańska tylko jedną rzecz - odpływ znacznych wpływów z podatków i likwidację sponsorowania przez Lotos różnego rodzaju przedsięwzięć lokalnych: artystycznych, sportowych czy infrastrukturalnych. I dlatego zrobiłbym wszystko, żeby do tej fuzji nie dopuścić. Ktoś zapyta: czy warto jest kruszyć kopie o te 50-60 mln, które dostajemy w ramach podatku. Przecież Gdańsk ma budżet wynoszący ok. 3 miliardy zł. Sęk w tym, że ponad 80 proc. tej kwoty pochłaniają koszty stałe, czyli różnego rodzaju wydatki. W praktyce mamy więc do dyspozycji mniej niż 200 mln zł. I wtedy te kilkadziesiąt milionów otrzymywane z Lotosu robi kolosalną różnicę. Przyznaję, że moja wiedza dotycząca mechanizmów, które miałyby przeciwdziałać tej fuzji, jest słaba. Ale przecież nie walczyłbym sam. Stworzyłbym grupę złożoną z kompetentnych ludzi: ekonomistów, prawników i inżynierów przemysłu petrochemicznego, którzy chcieliby wspomóc mnie w moich działaniach pomogli utrzymać Lotos w Gdańsku.

W nawiązaniu do awarii przepompowni ścieków na Ołowiace - czy jako prezydent Gdańska chciałby pan przeprowadzić gruntowne przeobrażenie polityki komunalnej?

Nie. Uważam, że należy tylko wprowadzić lepszy nadzór w tej kwestii, a nie - podkreślam - kontrolę. Zwiększyłbym nadzór miasta nad wykonywaniem kontraktowych obowiązków przez przedsiębiorstwa infrastrukturalne. I przy okazji wspomnę, że jestem przeciwny ewentualnej prywatyzacji tego rodzaju spółek.

A czy poczyniłby pan poważne zmiany w kwestii budownictwa komunalnego? Albo zapytam wprost: budować więcej czy mniej takich budynków?

96 proc. wszystkich budynków komunalnych powstało przed wojną. Nie spełniają żadnych norm, a przecież mamy możliwość starania się o środki europejskie na ich modernizację. Ponadto, należy budować zdecydowanie więcej mieszkań komunalnych, choć ja wolę nazwę "socjalne". Tak naprawdę nie widzę specjalnej różnicy pomiędzy kupnem a wynajmem mieszkania. Tylko te mieszkania na wynajem po prostu muszą być. Jeżeli się ich nie zbuduję, to po prostu nie będzie nawet czego wynajmować. Z takiego lokum mogliby skorzystać przede wszystkim emeryci, którzy dostają minimalną emeryturę i nie są już w stanie utrzymywać swoich dotychczasowych, wielkich mieszkań. To byłaby dobra alternatywa, dostosowana do ich potrzeb, z możliwie minimalnym czynszem. Nie możemy tych ludzi zostawić samym sobie.

I tu również uważam, że deweloperzy powinni uczestniczyć w kosztach tworzenia systemu takich mieszkań, np. poprzez przekazywanie pojedynczych lokali. Zdaje sobie sprawę, że są użytkownicy lokali komunalnych, którzy np. hodują w mieszkaniu 30 kotów czy gromadzą tony śmieci i tym samym przeszkadzają innym lokatorom tego samego budynku. Uważam, że ludzie, którzy nie spełniają minimalnych wymogów współżycia z sąsiadami, powinni być relokowani przez miasto na podstawie decyzji administracyjnej do innych nieruchomości, gdzie nikomu nie będzie przeszkadzać ich "styl życia".

Przejdźmy do decyzji związanych ze światopoglądem, które wywołują wśród wyborców zażarte spory, np. dofinansowanie in vitro z miejskiej kasy, patronat dla marszu środowiska LGBT czy promowanie kampanii edukacji seksualnej "Zdrovve Love". W ostatnich latach, prezydent Adamowicz - podobnie zresztą jak np. prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak - nie unika aktywnego zaangażowania w te kontrowersyjne tematy. Czy zamierza pan podążać tym tropem?

To pytanie o to, czy jestem hipokrytą. Nie tylko chciałbym się w to angażować, ale wręcz uważam, że to byłoby moim obowiązkiem. Jak już mówiłem, jestem człowiekiem przekonanym, że największym dobrem jest człowiek. Omówmy dla przykładu zagadnienie in vitro. Kiedyś strasznie mnie ono interesowało i poświęciłem mu sporo mojej uwagi. Czy na podstawie badań medycznych, jesteśmy w stanie odróżnić dziecko, które narodziło się dzięki przyjemności rodziców od dziecka, które urodziło się dzięki interwencji lekarzy? Jeżeli odpowiedź jest negatywna, a wiem, że taka właśnie jest, to nie mamy prawa zabraniać zostać rodzicami tym, którzy nie mogą mieć dzieci ze względów biologicznych.

Na koniec muszę zapytać o mało przyjemną kwestię. Obecne sondaże - podkreślam obecne, gdyż Platforma Obywatelska nie wystawiła jeszcze swojego kandydata - wskazują, że w drugiej turze wyborów zmierzą się najprawdopodobniej Paweł Adamowicz i Kacper Płażyński. Jeśli ta prognoza okaże się trafna, to czy zamierza pan udzielić oficjalnego poparcia któremuś z nich?

Oficjalne poparcie jest bardzo znaczącym gestem i udzielenie go zależałoby nie tylko ode mnie, ale również od postanowień mojego środowiska politycznego. Nie mogę tej decyzji podjąć samodzielnie, więc nie jestem w stanie w tej chwili powiedzieć, jak się zachowam.

Czyli bierze pan po uwagę udzielenie poparcia któremuś z kandydatów w drugiej turze, ale na którego z nich padnie wybór, pozostaje kwestią otwartą...

O, przepraszam, ale nie ma takiej możliwości, abym w ewentualnej rozgrywce pomiędzy Adamowiczem a Płażyńskim, poparł kandydata PIS-u. Tę możliwość wykluczam absolutnie. Po pierwsze, Płażyński ma zerowe doświadczenie, które predestynowałoby go do tego, żeby zarządzać tak wielkim organizmem jak Gdańsk. Po drugie, należy do partii, która w swoich poglądach ekonomicznych jest socjalistyczna, a z drugiej strony jest ultra narodowa. Ja takiej partii po prostu nie mógłbym poprzeć. Obserwując to, co robi PIS tam, gdzie przejął władzę po Platformie, byłbym pełen najczarniejszych myśli.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (372)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.